D jak dzieci (3)

Zostałem ostatnio poproszony o przedstawienie Algierii oczami dziecka. Nie mam niestety tak dużego talentu, ale skoro temat dzieci został już poruszony, postaram się opisać na jakie atrakcje w Algierze może liczyć rodzina z dziećmi.
Największą atrakcją w całej północnej Algierii jest oczywiście morze i 1200 km wybrzeża. Nawet jeśli żadnych innych atrakcji by nie było, to sam piasek i morskie fale okażą się z pewnością najlepszą rozrywką. Od początku czerwca do połowy września w ciemno można zakładać piękną słoneczną pogodę i wysokie (ale znośne) temperatury. Zdarza się jednak, że i w lutym temperatury potrafią przez kilka dni z rzędu osiągać 20-25 stopni. Co jednak zrobić, kiedy dziecku w końcu znudzi się pobyt na morskim wybrzeżu?
W samym Algierze miejsc dla dzieci nie brakuje. Są oczywiście miejskie parki, lepiej lub gorzej (raczej gorzej) wyposażone w zabawki dla dzieci, jest świeżo otwarta nadmorska promenada, na której pojawia się coraz więcej atrakcji dla najmłodszych. Ja najbardziej lubię ogród botaniczny Jardin d’essai, w którym dzieci mogą pójść do mini-zoo, wyszaleć się wśród egzotycznej roślinności, czy pooglądać z bliska domowe zwierzęta w specjalnej szkółce botanicznej. Na miejscu są również miejsca do piknikowania i mała restauracja. Jest to miejsce, które jest bardzo chętnie odwiedzane przez rodziny. Oprócz tego, w dzielnicy Ben-Aknoun, jest duże zoo, ale poza ogromną przestrzenią do spacerów nie oferuje (przynajmniej mi) specjalnie dużych wrażeń – miejsce z potencjałem, choć niestety niewykorzystanym.
image

W bezpośrednim sąsiedztwie terenów targowych (Pins Maritimes) jest wesołe miasteczko. Sam wygląd i obsługa niespecjalnie zachęcają do wizyty, ale w weekendy jest to miejsce naprawdę tłumnie oblegane przez rodziny z dziećmi. Są tu wszystkie atrakcje, których nie może zabraknąć na żadnym wesołym miasteczku: karuzele, rollercoaster, samochodziki itd. itp. Oprócz tego są miejsca restauracyjne, więc można tu spędzić spokojnie cały dzień.
Co jeszcze… Np. trzy aquaparki: dwa na świeżym powietrzu w miejscowości Bordj-El-Kiffan, trzeci (kryty) w centrum handlowym Ardis (niedaleko opisanego powyżej wesołego miasteczka). Chciałbym przy tym podkreślić, że każde z tych miejsc trzyma wysoki poziom, obsługa jest profesjonalna, woda czysta. Jedyne do czego można się przyczepić to do strefy restauracyjne i czystości leżaków, ale są to naprawdę drobne uchybienia. Z czystym sumieniem mogę polecić te miejsca wszystkim spragnionym wodnych atrakcji.
image

W Algierze można również znaleźć bawialnię dla dzieci. W centrum handlowym Bab-Ezzouar niedaleko lotniska) możesz zostawić dziecko pod profesjonalną opieką i pójść z czystym sumieniem na shopping. Bawialnia jest mała, ale czysta i na profesjonalnym poziomie – mam wrażenie, że funkcjonuje lepiej niż niejedno takie miejsce w Polsce.
Okresowo do Algieru przyjeżdża włoski cyrk. Rozstawia gdzieś namioty (kiedyś to było w Ben-Aknoun koło zoo, teraz pojawia się koło hipermarketu Ardis) i przez miesiąc organizuje występy. Mimo że każdego dnia organizowane są dwa spektakle dziennie, to frekwencja jest prawie zawsze stuprocentowa, dlatego warto ze sporym wyprzedzeniem zaopatrzyć się w bilety.
image

Jeśli chodzi o kino i teatr, to nie mam wielkich doświadczeń. Podobno gdzieś w Algierze odbywają się spektakle dla dzieci, ale nigdy mnie tam nie ciągnęło (spektakle są pewnie po arabsku, czyli w języku, w którym się nie porozumiewam). Szerokim łukiem omijam też kina i filmy dla dzieci odkąd przeczytałem parę lat temu relację z wizyty jakiejś algierskiej rodziny w kinie zlokalizowanym w kompleksie Riad-El-Feth (pod pomnikiem). Akurat było lato, sala kinowa nie była klimatyzowana, w pobliskiej toalecie nastąpiła awaria i co było dalej można sobie łatwo wyobrazić. Smród, zaduch i mdlejące dzieci. Może to był jednostkowy przypadek, ale generalnie podziękuję za takie atrakcje.
Pomijając powyższą historię, na brak atrakcji nie można specjalnie narzekać. Także przyjeżdżacie z dziećmi i dobrze się bawcie :)

R jak religia (2)

Temat religii był już poruszany wielokrotnie na łamach mojego bloga, niemniej dzisiaj chciałbym spojrzeć na sprawę z punktu widzenia nieco bardziej globalnego.

Zacznę z grubiej rury: Algieria jest niewątpliwie państwem religijnym. Ale uwaga! Wszystkich tych, którzy z przerażenia wstrzymali teraz oddech chciałbym uspokoić – Polskę również zakwalifikowałbym do tej kategorii. Ale po kolei.

Strach przed islamskim państwem wyznaniowym wynika nie ze strachu przed dominacją osób religijnych w życiu publicznym, ale z faktu, że w danym kraju dominuje religia, z którą akurat nie do końca sympatyzujemy. W algierskiej konstytucji islam jest wyraźnie określony jako religia narodowa, co z punktu widzenia Europejczyka może wydawać się szokujące. Jednak co z tego, że w Polsce dominacja chrześcijaństwa nie jest zagwarantowana ustawowo, skoro krzyże obecne są w każdym polskim urzędzie, a Kościół ingeruje praktycznie w każdą sferę życia społecznego?

Islamscy duchowni rzadko kiedy wypowiadają się w algierskich mediach (przynajmniej w tych francuskojęzycznych) na bieżące tematy społeczne czy polityczne. Owszem, kwestie religijne są obecne w prasie – podczas ramadanu codziennie – ale dotyczą one spraw ogólnych: zaleceń jak pościć czy komentarzy do jakichś hadisów. Nie do pomyślenia byłaby natomiast sytuacja, że duchowny w czasie piątkowych modłów krytykuje algierskie władze, nazywa premiera zdrajcą albo wręcz ogłasza, że Algieria nie jest wolnym krajem. Obecnie wszystkie meczety pozostają pod kontrolą państwa. Powiem więcej, istnieje ścisła symbioza między państwem a „kościołem”: istnieje tu np. specjalne ministerstwo ds. religijnych, które wypłaca pensje imamom, kontroluje kazania wygłaszane podczas piątkowych modłów oraz, co ciekawe, gospodaruje środkami przekazywanymi przez wiernych w ramach obowiązkowej jałmużny.

W Algierii relacje między duchowieństwem a państwem przebiegają w zupełnie inny sposób niż w Polsce. W naszym kraju to Kościół dyktuje swoje warunki państwu. Władze kościoła katolickiego ingerują w proces ustawodawczy i mają wpływ na kształt przyjmowanego prawa. W Algierii byłoby to nie do pomyślenia. Dlaczego? Bo tak naprawdę algierscy duchowni są urzędnikami państwowymi –państwo płaci imamom pensję i może dyktować im, co mają mówić – a nie na odwrót. Poza tym społeczeństwo jest na tyle konserwatywne, że duchowni nie muszą w nic ingerować. Ludzie w głębokim poważaniu mają dyskusje nt. ustawy o in vitro, aborcji, związkach partnerskich czy zasadności prowadzenia lekcji religii w publicznych szkołach.

W Polsce mimo wszystko istnieje pewien rozdźwięk między religią a życiem codziennym. No bo czy Polacy są rzeczywiście religijnym narodem, skoro tak wiele par żyje w nieformalnych związkach i z takich związków rodzi się coraz więcej dzieci? Czy w religijnym społeczeństwie dochodziłoby do tylu zdrad i rozwodów? Czy pary homoseksualne domagałyby się legalizacji swoich związków, a homoseksualiści i transseksualiści zasiadaliby w Parlamencie? Jeśli muzułmanie są uważani na świecie za fanatyków religijnych, to tylko dlatego, że ze śmiertelną (nomen omen) powagą podchodzą do swojej wiary.
image
To co napisałem powyżej nie oznacza bynajmniej, że Algierczycy są święci. I w Algierii zdarzają się bigoci, którzy modlą się 5 razy dziennie i przestrzegają wszystkich postów, ale nie przeszkadza im to kraść, oszukiwać, zdradzać czy znęcać się nad rodziną. Tutaj wszystko odbywa się jednak w zaciszu domowym. Jest w tym oczywiście pewna hipokryzja, niektóre sprawy zamiatane są pod dywan i udaje się, że ich nie ma. Dla przykładu: kobieta przybywająca na oddział położniczy w pierwszej kolejności proszona jest o okazanie tzw. książeczki rodzinnej poświadczającej stan cywilny. Jeśli nie potrafisz udokumentować, że jesteś mężatką, to sorry, idź rodzić na ulicę. Nieślubnych dzieci nawet nie można zarejestrować w urzędzie! Inna sprawa, że takie otwarte piętnowanie nieobyczajnych zachowań jest w gruncie rzeczy dość skutecznym sposobem ich ograniczania.

Temat można by jeszcze długo ciągnąć, ale na dzisiaj wystarczy.

PS. Żeby jednak nie było nieporozumień: nie jestem piewcą Islamu i daleki jestem od tego, by wykazywać wyższość Islamu nas chrześcijaństwem. Szczerze mówiąc, od wszelkich spraw religijnych staram się trzymać jak najdalej.

N jak nawiedzeni

Jakiś czas temu była mowa o oszustach – głównie matrymonialnych polujących na wizę Schengen. Dzisiaj parę słów poświęcę Algierczykom, których nie nazwałbym może oszustami, ale którzy mają spore problemy w kontakcie ze światem realnym. Nazywać ich można rozmaicie: „marzycielami”, „milionerami”, „nawiedzonymi” – łączy ich to, że mają duże ambicje, ale bardzo małe możliwości.

Takich nawiedzonych spotykam niemal każdego dnia. Są to osoby, które w sposób bardzo logiczny i przekonujący przedstawiają się jako ludzie wpływowi i majętni, by potem zachęcać cię do jakiegoś absurdalnego działania. Klasycznym przypadkiem jest pan, którego spotkałem na początku swojego pobytu w Algierii. Był to niejaki pan Larbi – inżynier podkreślający na każdym kroku swoje ogromne doświadczenie w sektorze budowalnym. Dziwnym trafem zapałał do mnie ogromną miłością i zamęczał mnie pytaniami o polskie firmy zainteresowane budową osiedli mieszkaniowych w Algierii. On, jako osoba doświadczona, miał niby zapewniać kontakty z najbardziej wpływowymi osobami w kraju. Z początku brałem te jego opowieści za dobrą monetę. On rzucał jakimiś milionowymi kwotami, a ja go słuchałem grzecznie przytakując. Finał był taki, że po kilku miesiącach bezowocnych prób naciągnięcia polskich firm budowlanych na przyjazd do Algierii pan Larbi zaczął się dopytywać, czy ja sam nie miałbym dla niego jakieś pracy. Na moją odpowiedź, że nie potrzebuję nikogo z kwalifikacjami inżyniera, pan Larbi wypalił mi rozkosznie: „Ale to nic nie szkodzi, mogę pracować na każdym stanowisku. Nie potrzebujesz może kierowcy, ogrodnika albo chociażby magazyniera?”.

I taki właśnie jest schemat rozmów ze wszystkimi nawiedzonymi: „milioner” zaczyna od wymyślonych historii, licząc że uda się złapać pana boga za nogi, a i tak w głębi ducha zadowoli się jakimkolwiek ochłapem. Spotykałem już szalonych wynalazców marzących o bogatych inwestorach, kolekcjonerów dzieł sztuki poszukających kupców drogocennych obrazów, rolników pragnących uruchomić na swoim poletku produkcję przemysłową czy nawiedzonych agronomów marzących o nawodnieniu pustyni. Mógłbym wymieniać w nieskończoność: takich marzycieli spotkacie na każdym kroku. I nie sposób rozpoznać ich po wyglądzie: mogą wyglądać jak bezdomni włóczędzy, jednak równie dobrze może takim urojonym milionerem być jakiś wyżelowany playboy.

Szczególnie ostrzegam czytelniczki mojego bloga przed takimi właśnie milionerami. Bardzo dużo polsko-algierskich znajomości jest nawiązywanych obecnie przez Skype’a lub Facebooka. Algierczyk przedstawia się często jako syn bogatych rodziców, wysyła zdjęcia zrobione koło drogich samochodów czy na tle jakiś luksusowych willi pragnąc zapewnić ukochaną wybrankę o swoim statusie materialnym. Rzeczywistość okazuje się jednak bardziej ponura i szybko wychodzi na jaw, że młodzieniec mieszka w bloku z rodzicami, nie ma pracy i najmniejszych szans na znalezienie żony. Znajomość z kobietą pochodzącą ze strefy Schengen stanowi w oczach Algierczyków najlepszą przepustkę do lepszego życia.

Na zakończenie chciałbym podkreślić, że nie uważam tych milionerów za oszustów. Często są tak zdesperowani (poszukiwaniem żony, możliwością wyjazdu czy też po prostu pracy), że są święcie przekonani o prawdziwości tego wszystkiego co mówią. Po licznych kontaktach z tymi nawiedzonymi milionerami kwalifikuję ich jako przypadki psychiatryczne i bardziej im współczuję niż się na nich złoszczę. Co nie zmienia faktu, że w kontaktach z Algierczykami jestem bardzo ostrożny i mam swój zestaw pytań, którymi weryfikuję niestworzone opowieści moich algierskich rozmówców. Co zresztą serdecznie sugeruję również wszystkim moim czytelnikom :)

Villa_221183515

Z jak zakupy

Osoby, które nigdy nie były w Algierii często wyobrażają sobie ten kraj jako jedną wielką pustynię, kraj kompletnie zacofany, gdzie brodaci ludzie żyją z wypasania kóz, a za mieszkanie służy im jaskinia albo namiot okryty dyktą. Tworząc tego bloga myślałem właśnie o tym, żeby odczarować trochę Algierię i pokazać, że można tu żyć zupełnie normalnie. Dzisiaj trochę o sklepach i robieniu zakupów.
W Algierii ciągle rządzą małe sklepiki i handel bazarowy, chociaż powstaje tu coraz więcej sklepów wielkopowierzchniowych czy nowoczesnych (naprawdę!) centrów handlowych.
image
Przeciętny Algierczyk robi zakupy blisko domu. Nie mam niestety zdjęć takich małych sklepików, są to w każdym razie małe dziuple, w których można kupić podstawowe produkty, takie jak mleko, napoje gazowane, kawę, herbatę, cukier, mąkę itd. Czasami również bagietki, chociaż w ich sprzedaży specjalizują się głównie piekarnie. W sklepikach można za to kupić placek przypominający chleb (tzw. matloa) lub pieczywo tostowe. W innej dziupli można kupić warzywa i owoce, a w jeszcze innej mięso. Specjalizacja jest na tyle duża, że mięso białe i czerwone kupuje się w różnych miejscach. Są tu specjalne „kurczakownie”, w których zakupuje się drób i jajka (i często, nie wiedzieć czemu… oliwki i czosnek). Oddzielnym i bardzo interesującym zjawiskiem są sklepy z kobiecą bielizną, w których obsługa jest męska a za ladą stoi np. brodacz w dżelabie.
Oprócz małych sklepików są oczywiście bazary, na których można kupić praktycznie wszystko: oprócz owoców, warzyw i mięsa, również ubrania, a nierzadko również kosmetyki, ceramikę i biżuterię. Bazary cieszą się niesłabnącą popularnością, chociaż ze względu na walkę algierskich władz z szarą strefą, tracą one swój dziki, ale swojski charakter.
image
Jeśli chodzi o sklepy wielkopowierzchniowe, to nie ma w Algierii co prawda znanych sieci takich jak Carrefour czy Tesco, są za to rodzime hipermarkety: UNO i Ardis. Algierczycy odkrywają dopiero uroki robienia zakupów wszystkiego w jednym miejscu, niemniej robią to bardzo ochoczo. W weekendy oraz w ciągu tygodnia w godzinach popołudniowych alejki sklepowe są pełne rodzin z dziećmi i trzeba niestety odstać swoje w kolejce do kasy.
image
Na koniec jedna bardzo ważna uwaga. Niezależnie od miejsca, w którym robicie zakupy, musicie mieć świadomość, że kupując np. przyprawy, makaron, bułkę tartą, kuskus, czy wszelkie inne produkty nieszczelnie zapakowane, możecie nieświadomie sprowadzić do domu robaki. Nie jestem specjalistą od tych małych żyjątek, ale wydaje mi się, że są to mole spożywcze. Bardzo trudne do wytępienia, więc radzę sprawdzać, czy w zakupionych produktach nie dostrzegacie charakterystycznej pajęczynki oblepiającej mąkę czy inny sypki produkt. Fuj!
Ps. Wszelkie produkty spożywcze radzę trzymać w słoikach.

R jak ramadan (5)

Emocje emocjami, ale ostatecznie Algieria odpadła z mistrzostw świata i możemy na dobre odetchnąć od tematów piłkarskich.
Zaczął się ramadan – święty miesiąc dla wszystkich muzułmanów na całym świecie i jak co roku warto poświęcić mu parę słów komentarza. Przeglądając archiwalne wpisy zauważyłem, że zbyt wiele uwagi poświęcam negatywnym aspektom całodziennego poszczenia. Praktycznie co roku utyskuję nad faktem, że powstrzymywanie się od przyjmowania napojów od świtu do zmierzchu w czasie upalnych dni jest nieracjonalne i szkodliwe dla zdrowia, ale… No właśnie, ponieważ nie jestem muzułmaninem i sprawa nie dotyczy bezpośrednio mnie ani mojej rodziny, to czemu aż tak się pastwię nad tym religijnym zwyczajem? Zostawmy w spokoju muzułmanów i tak muszą się nacierpieć w trakcie świętego miesiąca. Porozmawiamy chwilę o tych, którzy nie są zobligowani do przestrzegania postu.
Często sobie żartuję, że o ile osoby poszczące w czasie ramadanu mają niejako z urzędu przerąbane, to osoby przebywające w czasie świętego miesiąca w kraju muzułmańskim mają przerąbane… jeszcze bardziej! O tym jak wygląda życie w czasie ramadanu pisałem już wielokrotnie w poprzednich latach i nie ma co się powtarzać. Zadajmy sobie pytanie: co ma w tym czasie robić nie-muzułmanin.
Otóż tak: w czasie ramadanu można zapomnieć o wszelkich atrakcjach w ciągu dnia. Restauracje zamknięte (z bardzo niewielkimi wyjątkami), plaże są puste i raczej strach na nie jeździć (zdarzały się napady), nie mówiąc już o (tych nielicznych) basenach czy aquaparkach. I chociaż nikt ci krzywdy nie zrobi gdy zdarzy ci się łyknąć trochę wody na ulicy, to jednak chodzisz zestresowany, żeby nie drażnić tych poszczących. No i oczywiście jeśli lubisz zjeść croissanta do porannej kawy to nie masz co nawet myśleć o kupieniu świeżych wypieków. W ogóle przed południem możesz zapomnieć o jakichkolwiek kontaktach z pobożnymi wyznawcami Mahometa.
I tu powoli przechodzimy do rzeczy naprawdę poważnych. To, co naprawdę przeszkadza nie-muzułmaninowi przebywającemu w Algierii podczas ramadanu to fakt, że przez okrągły miesiąc poszczący wyznawcy Islamu snują się nieprzytomni i niewiele da się z nimi załatwić. Zresztą często przed ramadanem kontakty również bywają utrudnione, bo Algierczycy lubią sobie dwa tygodnie wcześniej wyjechać na wakacje (żeby się wyszaleć przed postem). Ulice Algieru wyglądają w czasie ramadanu jakby odbywał się właśnie jakiś przemarsz zombi. Mówiąc o zombi mam na myśli nie tylko nieprzytomny wyraz twarzy, ale i niechlujne, wygięte ubranie (widać sypiają ukradkiem w ciągu dnia) oraz ogólne niedomycie – muzułmanie nie kąpią się po wschodzie słońca, żeby nie połknąć wody (co oznaczałoby złamanie postu).
Ogólnie nie jestem strachliwy, ale muszę przyznać, że jazda samochodem w czasie ramadanu, zwłaszcza wieczorem przed zbliżającym się Iftarem (czyli czasem, kiedy można spożyć pierwszy posiłek) budzi moje niemałe przerażenie. Algierczycy pędzą do domu na złamanie karku, ignorując po drodze wszelkie zakazy i innych uczestników ruchu. Jeśli dodać do tego zmęczenie wywołane całodziennym postem, to chyba nie zdziwi nikogo fakt, że w czasie ramadanu ginie na drogach najwięcej osób.
Na koniec coś pozytywnego. Nie-muzułmanie też mogą miło spędzać czas w czasie ramadanu, pod warunkiem jednak, że lubią się bawić w nocy. Post postem, ale po wieczornej kolacji Algierczycy wychodzą tłumnie na ulice i bawią się prawie (z naciskiem na prawie) jak Brazylijczycy podczas karnawału. Podczas ramadanu organizowanych jest wiele koncertów, także osoby niewyznające Islamu na pewno znajdą coś dla siebie.
Gdyby ktoś był zainteresowany programem imprez ramadanowych, które odbędą się w tym roku w Algierze podaję LINK

H jak hotele (2) – El Aurassi

Cała Algieria żyje zwycięskim remisem z drużyną rosyjską, trochę filmów zamieściłem na facebookowej stronie niniejszego bloga, także pozwolę sobie odpocząć od tematów piłkarskich i zająć się czymś innym.
Prezentując ofertę algierskich hoteli obiecałem poświęcić osobne wpisy najciekawszym przypadkom. I zaczynam od najciekawszego z najciekawszych. Proszę Państwa, przedstawiam legendę algierskiego hotelarstwa: hotel El-Aurassi!
image

Jeśli chodzi o architekturę, jest to gigantyczny betonowy kloc górujący nad całym miastem. Z zewnątrz raczej odstrasza. Hotel ma niby pięć gwiazdek, ale trudno poważnie traktować tę klasyfikację. Nie mam uwag do komfortu: wszystko jest nowe i (jeszcze) niezniszczone. Problemem jest poziom hotelowej obsługi i jest to opinia dość powszechna – wystarczy poczytać komentarze w Internecie. Wspomniałem ostatnio, że El-Aurassi jest idealnym miejscem dla miłośników klimatów rodem z PRL-u i każdy, kto urodził się przed 1989 rokiem zrozumie szybko o co mi chodzi.
image

Hotel co prawda został poddany gruntownemu remontowi, ale cóż z tego, skoro pozostawiono starą obsługę? Mogę się założyć, że przy tym poziomie zarządzania hotel prędzej czy później ponownie popadnie w ruinę. Samo zameldowanie zazwyczaj (słowo klucz) przebiega bezproblemowo – chyba że akurat ktoś źle zarejestrował twoją rezerwację. Odkręcanie jakiegokolwiek problemu zajmuje tu całe wieki i wymaga interwencji połowy personelu.
Hotel cierpi na przerost zatrudnienia – jakkolwiek kuriozalnie by to nie brzmiało. W hotelu pracuje na tyle dużo osób, że nie wiadomo kto za co odpowiada. Co więcej, jeśli masz jakiś problem i nie załatwisz go od ręki, to masz marne szanse, żeby załatwić go w ogóle (bo przyjdzie nowa zmiana, której wszystko trzeba będzie tłumaczyć od nowa). Jeśli niewłaściwie wystawiono wam fakturę, to ciężko będzie wam doprosić się o jej sprostowanie. Standardową odpowiedzią kierownictwa jest: już raz to zrobiłem, nie będę się tym więcej zajmował!
Jeśli chodzi o konkrety i ciekawsze anegdotki:
- Teren hotelu jest ogrodzony, przy wjeździe stoi policja z ochroną, która przeszukuje każdy wjeżdżający samochód (standard w przypadku wszystkich lepszych hoteli w Algierii)
- Do hotelu nie wolno wnosić alkoholu. Także jeśli kupiłeś na mieście kilka butelek wina w prezencie dla znajomych, to przygotuj się na długie negocjacje z ochroną hotelu.
- Uwaga na hotelowe śniadania! W ofercie są jakieś mizerne sałatki i nie pierwszej świeżości drożdżówki, trzeba mieć też dużo szczęścia, żeby załapać się na jajecznicę. Osobiście polecam znajomym nie wykupywać śniadań i korzystać ze śniadań na mieście.
- Ciekawostką jest na pewno fakt, że po wymeldowaniu nie opuścisz hotelu bez uzyskania w recepcji „bon de sortie” czyli specjalnego kwitka potwierdzającego uregulowanie wszystkich należności.
- W hotelu są trzy restauracje (włoska, tradycyjna algierska i bufet), ceny są jednak wysokie, jakość jedzenia nie powala, a obsługa kelnerska pozostawia wiele do życzenia. Nie wiem, czy to prawda, ale krążą plotki, że kelnerzy mają problem z higieną.
- Hotel dysponuje odkrytym basenem. Ale nie gwarantuję, że uda się wam w nim wykąpać – daty otwarcia basenu to chyba najpilniej strzeżona tajemnica hotelu. Basen słynie z tego, że poza sezonem kąpią się w nim mewy.
- Atutem hotelu jest piękny widok na całą zatokę Algieru. Jeśli decydujecie się na pobyt w El-Aurassi to zdecydowanie namawiam na pokój z widokiem na morze. Warto sobie zamówić rano śniadanie do pokoju i popijając poranną kawę rozkoszować się pięknymi widokami.
image
Tak czy siak hotel El-Aurassi jest jedną z atrakcji turystycznych Algieru i nawet jeśli nocujecie w innym miejscu, zdecydowanie polecam krótką wizytę w Aurassim, żeby na tarasie poziomu „E” wypić sobie espresso / herbatę miętową / alkoholowego drinka (w zależności od preferencji) i popstrykać kilka fotek do wrzucenia później na fejsa czy też innego instagrama :)

F jak Facebook

Trudno w to uwierzyć, ale opisując od kilku lat algierską rzeczywistość, nie poświęciłem dotychczas uwagi Facebookowi. Czym jest Facebook nie trzeba nikomu tłumaczyć, dla wielu osób może być jednak zaskoczeniem fakt, że ten serwis społecznościowy jest w Algierii niezwykle rozpowszechniony. Najnowsze szacunki wskazują, że jest tutaj zarejestrowanych ponad 4,5 mln użytkowników, co należy uznać za wynik nadzwyczajny biorąc pod uwagę dostępność Internetu w Algierii, brak innych globalnych produktów rodem z USA oraz ogólną politykę władz algierskich starających się ograniczać wszelkie przejawy życia społecznego wśród swoich obywateli.

Nie da się ukryć, że użytkownicy Facebooka potrafią zaleźć za skórę totalitarnym władzom (lub tylko tym, którzy marzą o posiadaniu władzy absolutnej). Nie zapominajmy, że wiosna arabska nie byłaby możliwa bez mobilizacji młodych użytkowników na Facebooku. Władze w Tunezji czy Egipcie nie doceniły chyba roli serwisów społecznościowych – być może przedstawiciele tamtejszych władz nie mieli konta na Fejsie i nie dostrzegli, że czasy się zmieniły: obecnie kontrola prasy i telewizji nie wystarczy by panować nad umysłami obywateli.

W Algierii póki co nikt nie ma pomysłu, żeby wzorem tureckiego premiera Erdogana blokować dostęp do Facebooka, ale może dlatego, że Algierczycy niezbyt pasjonują się polityką (o czym pisałem jakiś czas temu) i nie mobilizują się przez Internet do obalenia panującego systemu. Owszem, odnajdziemy na Fejsie niewybredne żarty komentujące stan zdrowia obecnie urzędującego prezydenta czy inne uszczypliwości w odniesieniu do kliki rządzącej krajem, ale to wszystko pełni rolę pewnego rodzaju wentyla bezpieczeństwa. Ludzie ponarzekają, pośmieją się z nieudolności urzędników i od razu zejdzie im całe ciśnienie. Zresztą prasa pełni w Algierii podobną rolę – dzienniki w rodzaju El-Watan czy Liberté raz na jakiś czas opublikują krytyczne artykuły, ludzie poczytają i pokiwają z uznaniem głową a życie toczy się dalej.

Ale wracając do Fejsa. Na początku wiosny arabskiej były podejmowane próby skrzykiwania się Algierczyków przez Internet i organizowania demonstracji na mieście, ale skończyło się na tym, że demonstrantów było znacznie mniej niż pilnujących ich policjantów. Osoby mieszkające w Algierii potwierdzą chyba, że w sytuacjach kryzysowych jakość internetowego transferu dziwnym trafem spada. Tak bywa przed wyborami, tak było w dniach, kiedy cały kraj drżał o zdrowie Butelfiki. Zapewne jest też zbiegiem okoliczności, że w tych okresach bardzo trudno jest się w ogóle zalogować na Facebooka. Algerie Telecom jest praktycznie monopolistą i nie ma konkurencji oferującej dostęp do Internetu. Nieprzypadkowo też tutejsze władze odwlekały przez wiele lat uruchomienie transferu 3G. Dwóch spośród trzech operatorów sieci komórkowych (Djezzy i Mobilis) są spółkami państwowymi, także kontrola nad Internetem jest prawie totalna.

No, ale znowu odbiegam od tematu. Facebook jest narzędziem wykorzystywanym przez Algierczyków głównie do celów towarzyskich – w konserwatywnym społeczeństwie Internet stwarza ogromne możliwości zawiązywania damsko-męskich kontaktów i proszę nie dziwcie się, drogie czytelniczki, jeśli otrzymujecie na fejsie zaproszenia od nieznajomych osób rodem z Afryki Północnej. Nie dziwcie się też, jeśli ów nieznajomy po kilku tygodniach zaczyna wyznawać Wam miłość przez Internet.

A na zakończenie dzisiejszego wpisu, jednak pozostając cały czas w temacie fejsbukowym, uprzejmie informuję, że niniejszy blog dorobił się właśnie oficjalnej strony na Facebooku, także zachęcam gorąco do lajkowania :)
www.facebook.pl/algierski

 

H jak hotele (1)

Dziś parę słów o bazie hotelowej. Często jestem pytany o to, gdzie się najlepiej zatrzymać podczas pobytu w Algierze i za każdym razem udzielam niemal tej samej odpowiedzi: szału nie ma.

Biznesmeni (a to oni stanowią najliczniejszą grupę osób odwiedzających Algierię) odnajdą tutaj znane sobie sieci: Ibis, Mercure, Sofitel, Hilton, Sheraton, Best Western czy Novotel (dwa ostatnie tylko poza Algierem). Każdy z tych hoteli trzyma poziom, choć uczciwie trzeba przyznać nie jest to ta sama klasa, co w świecie zachodnim. Ta sama jest tylko kategoria cenowa. Przy okazji krótki komentarz dla tych bardziej strachliwych: wszystkie lepsze hotele w Algierii mają swoją ochronę, która kontroluje samochody przy wjeździe na parking oraz prześwietla bagaż przy wejściu do hotelu.

Poniżej krótka charakterystyka „biznesowych” hoteli w Algierze:

- Ibis oraz Mercure znajdują się tuż obok lotniska – proszę się jednak nie bać hałasu, samolotów się prawie nie słyszy. Niedaleko tych hoteli jest centrum handlowe Bab-Ezzouar (z hipermarketem i eleganckimi butikami). Za pobyt w Ibisie trzeba liczyć ok. 10.000 DA / noc, Mercury jest dwa razy droższy. Oba hotele dają radę, Mercure jest oczywiście znacznie lepszy, bo ma duży basen :)

- Hilton – położny nad morzem, niedaleko centrum handlowego Ardis (połączonego z Aquaparkiem) nad samym morzem. Największą jego zaletą jest jednak bezpośrednia bliskość terenów targowych – w czasie imprez wystawienniczych trudno o pokoje. Cena pokoju to ok. 20.000 DA / noc. W hotelu jest basen i siłownia. Bywalcy światowych hoteli narzekają co prawda, że algierski Hilton nijak się ma do tych amerykańskich czy europejskich, ale jak na warunki algierskie nie ma co wybrzydzać. Hotel wymaga małej modernizacji i drobnych prac remontowych, ale nie przesadzajmy. Jest czysto, karaluchów nie ma, obsługa na poziomie.

- Sofitel – hotel położony niedaleko pięknego ogrodu botanicznego „Jardin d’essai” i stosunkowo niedaleko terenów targowych. Jest to hotel bardzo luksusowy, ale wiem o nim niewiele, bo ceny są kosmiczne (ok. 30.000 / noc). Jest tu bardzo ładny basen – pół kryty pół otwarty, z ładnym widokiem na pomnik moudjahedinów.

- El-Aurassi – państwowy moloch, budynek w kształcie dużego kloca, dominującego nad całym miastem. O tym hotelu można by mówić długo – na pewno poświęcę mu oddzielny wpis. Jest to hotel państwowy, niedawno odnowiony, ale z fatalną obsługą. Jedynym atutem jest absolutnie fantastyczny widok na zatokę i miasto. Hotel dysponuje basenem, ale czy będzie akurat otwarty to trudno powiedzieć. Hotel dla miłośników komediowych klimatów rodem z filmów S. Barei. Koszt: ok. 20.000 DA / noc

- Sheraton – położony 30 kilometrów od Algieru. Jedyny porządny hotel w Algierii z własną plażą. Cena: ok. 20.000 DA / noc. Plusy: prywatna plaża :). Minus: daleko od centrum miasta, słaba obsługa.

- El-Djazair (dawny Saint-George). Zamyka listę najlepszych hoteli w Algierze. Piękny hotel z czasów kolonialnych, ale niestety mało komfortowy. Ma basen i bardzo ładny kameralny ogród. Hotel koniecznie trzeba odwiedzić podczas pobytu w Algierze, ale żeby od razu w nim nocować? Koszt noclegu to ok. 23.000 DA / noc.

Są jeszcze inne hotele, jak np. Oassis (niedaleko targów), Palace Apart (w Bordj El-Kiffan), El-Biar, Hotel Hydra, Albert I, Safir, Dar-Diaf, ABC, ale nie są to hotele, które mógłbym w 100% polecić. Nie to, żebym radził ich unikać, ale każdy z nich ma pewne wady, o których może opowiem przy okazji innych wpisów.

Na zdjęciu: hotel Hilton

image

B jak Buteflika (2)

Postać Abdelaziza Butefliki przedstawiłem dość obszernie na łamach mojego bloga ładnych już kilka lat temu, zapowiadając że do tematu jeszcze powrócę. Okazja jest ku temu idealna w związku z wyborami prezydenckimi, które kilka tygodni temu odbyły się w Algierii. Nie będę chyba mistrzem suspensu, jeśli powiem, że wygrał je właśnie Buteflika.
Ciekawa zresztą rzecz. Jest to czwarta kadencja nowego-starego prezydenta mimo że już przy trzeciej nie było wiadomo, czy Butelfika w ogóle dożyje do końca mandatu.
Powiem krótko: wszystkie zasługi, jakie miał dla kraju Buteflika powoli odchodzą w zapomnienie. Ludzie zapominają już o młodym, elokwentnym ministrze spraw zagranicznych z lat 60-tych, coraz mniej pamiętają też o jego zasługach dla zakończenia krwawej wojny domowej w latach 90-tych.

image

Nikt nie postrzega już Butefliki jako męża stanu – bo i trudno podziwiać niedołężnego starca, który jest tylko marionetką w rękach kliki rządzącej Algierią od czasów niepodległości. Buteflika od kilku już lat ma poważne problemy ze zdrowiem, a sytuację dodatkowo pogorszył wylew, którego prezydent doświadczył w połowie 2013 roku. Obecnie Abdelaziz Buteflika ma 77 lat, porusza się (a właściwie: jest poruszany) na wózku inwalidzkim i wypowiada się w sposób bardzo niewyraźny.

image

Jeśli o cokolwiek można mieć żal do Butefliki, to o jego poprzedni, trzeci mandat. Po drugiej kadencji odszedłby z polityki jako bohater narodowy, któremu być może stawiano by już pierwsze pomniki. Niestety, zmieniając w ostatniej chwili konstytucję, żeby umożliwić sobie dożywotnią praktycznie funkcję prezydenta stracił szacunek u wielu Algierczyków. Czwarta kadencja to tylko konsekwencja tamtej decyzji z 2009 roku. Dzisiaj Buteflika budzi jedynie litość – ludzie mają świadomość, że obecna sytuacja polityczna jest gigantyczną farsą.
Zgodnie z oficjalnymi wynikami Buteflika dostał ponad 80% głosów przy frekwencji wynoszącej bodajże 50 procent. Myślę, że nawet stali czytelnicy El-Moudjahida (rządowej tuby propagandowej) czy też najwierniejsi widzowie reżimowej telewizji musieli parsknąć śmiechem widząc te wyniki. Dopełnieniem tej komedii było „spontaniczne” świętowanie tego zwycięstwa przez ludność cywilną. Po ogłoszeniu wyników przez Algier przetoczyła się kawalkada samochodów, a kierowcy klaksonami oznajmiali swoją radość z powodu sukcesu Butefliki. Tyle tylko, że te przejawy entuzjazmu zostały starannie zaplanowane przez władze – trzeba było być naprawdę ślepym, żeby tego nie dostrzec.
Przepytalem kilkudziesięciu moich znajomych na okoliczność wyborów: większość w ogóle nie poszła do wyborów, dwóch albo trzech głosowało przeciw Buteflice i tylko jedna osoba (zaprzyjaźniony taksowkarz) wyraził poparcie dla urzedujacego prezydenta. Gdzie więc te tłumy, które się niby pojawiły przy urnach? Gdzie to masowe poparcie dla schorowanego Butefliki?
Na koniec jeszcze krótki komentarz: skoro, tak jak mówię, wybory były sfałszowane i mało kto popiera marionetkowego prezydenta, to dlaczego ten fakt nie budzi oporu społeczeństwa? W dużym uproszczeniu sprawy wygladają następująco:
- Algierczycy mają głęboką traumę po latach 90-tych i nie są zainteresowani kolejną krwawą rewolucją. Tym bardziej, że przykład Tunezji, Libii czy Egiptu działa tu jako dodatkowy straszak. Nawet najwięksi przeciwnicy Butefliki powtarzają: stabilizacja ważniejsza niż demokracja.
- Często powtarzanym argumentem na rzecz trzeciego i czwartego mandatu dla Butefliki było stwierdzenie: bo nie ma innego kandydata. No a skąd ma być, skoro klika rządząca od 50 lat nie dopuszcza nikogo do stanowisk, a większość wartościowych osób wyjechała już dawno do Francji?
- Algierski reżim jest w gruncie rzeczy mało uciążliwy. Owszem, jest to państwo policyjne, wszystkie ważniejsze stanowiska obsadzane są według klucza partyjnego, korupcja pożera wszelką prywatną inicjatywę, ale ludzie nauczyli się z tym żyć. Poza tym, bądźmy szczerzy, Algierczycy nie znają innego systemu i nie mają pozytywnych doświadczeń związanych z demokracją.
- Polityka budzi wśród Algierczyków obojętność. Dopóki podstawowe produkty spożywcze są dotowane i dopóki jest co włożyć do garnka, nikt nie będzie obalać systemu na ulicy. Jedynym miejscem protestu pozostaje Internet i wymyślanie kolejnych żartów na temat bieżącej sytuacji.
image

U jak upominki

Przyjechaliśmy więc do Algierii, spędzamy tu trochę czasu i nagle przychodzi moment refleksji: co można kupić w ramach upominku dla znajomych. No i właśnie. To kolejny z tych oczywistych tematów, którego nie poruszyłem przez kilka lat pisania bloga.
Główny problem z upominkami polega na tym, że Algieria nie jest krajem turystycznym i oferta produktów upominkowych jest bardzo ograniczona. Poniżej przedstawiam moje propozycje:
1) Daktyle. Wymieniam je na pierwszym miejscu, bo tutejsze daktyle są produktem, za który niejeden Algierczyk dałby się pewnie pokroić. Zapytaj pierwszego lepszego przechodnia o deglet nour (nazwa gatunku daktyli uprawianych w Algierii), a spędzisz godzinę na wysłuchiwaniu o zaletach smakowych i zdrowotnych tego owocu. Rzecz absolutnie kultowa. I radzę nie próbować przekonywać Algierczyków, że daktyle z jakiegokolwiek innego kraju są lepsze. Takie opinie są równoznaczne z napluciem w najczulszy punkt algierskiej dumy narodowej ;)
2) Biżuteria. Jeśli chcecie zabłysnąć czymś oryginalnym, to polecam tutejszą biżuterię. Jest ona robiona ręcznie, dużo jej brakuje do perfekcji zachodnich złotników i… na tym właśnie polega jej urok! Szczególnie polecam kolorową biżuterię kabylską wykonaną w srebrze i wysadzaną kolorowymi kamieniami, zazwyczaj koralami. Bardzo charakterystyczna jest również biżuteria tuareska – wykonana w srebrze albo w jakimś innym kawałku blachy. Wzory tej biżuterii są bardzo charakterystyczne i kupując te wyroby macie pewność, że nikt inny w Polsce nie będzie miał nic podobnego.
3) Wino. Podobna sprawa jak z biżuterią. Algierskie wino jest niedostępne w Polsce i mieć butelkę takiego trunku na swojej półce to jednak powód do dumy. Jakość wina pozostawia oczywiście wiele do życzenia – nawet te lepsze gatunki nie są warte swojej ceny. Średnia cena wina w sklepie monopolowym to 1000 dinarów czyli 40 zł po kursie oficjalnym. Nie ma co jednak wybrzydzać kiedy chodzi o takie rarytasy. Wina, które można kupować w ciemno to: Saint Augustin, Cuvée Monica, Koutoubia, Tlemcen, Fleur d’Aboukir (zarówno białe, jak i różowe) itd.
image

4) Ceramika. Absolutnie niepodrabialna jest tutejsza ceramika. Jest może dość kłopotliwa w transporcie, ale kolorowy kabylski kubek, miseczka czy talerz to rzeczy codziennego użytku, które będą przypominały o Algierii w czasie wykonywania zwykłych czynności. Do nabycia są też wspaniałe płytki ceramiczne, którymi można ozdobić sobie ściany w domu, niemniej nie znam osób, które zdołałyby przewieźć płytki do wyłożenia np. w łazience.
image

5) Tradycyjne stroje. Dużym zainteresowaniem cieszą się wśród odwiedzających tutejsze stroje: kolorowe kabylskie suknie, długie kobiece suknie w orientalnymi wyszywankami, męskie dżelaby, stroje tuareskie itd. Moimi ulubionymi gadżetami w tej kategorii są tzw. babusze, czyli niewygodne buty / kapcie z długim czubem. Zazwyczaj są tak ładnie ozdobione, że nie sposób się im oprzeć ;). Cała ta odzież jest na tyle egzotyczna, że nikt nie będzie w niej chodził po polskich ulicach. Rzecz bardziej na bal przebierańców albo zakrapiane przyjęcia w gronie bliskich znajomych.

Oczywiście jest jeszcze cała masa durnostojek w rodzaju róży pustyni (której wywóz jest teoretycznie zakazany), obrazów z piasku, breloczków, czy np. małych instalacji przypominających stajenki bożonarodzeniowe (namioty tuareskie), ale to jest akurat asortyment, który nie wymaga specjalnej rekomendacji.

Udanych zakupów ;)