Pożegnanie z Afryką

Drogie czytelniczki i drodzy czytelnicy,

Nadszedł ten czas, aby powiedzieć szczerze, że moje relacje z Algierią coraz bardziej się rozluźniają – wkrótce pewnie na dobre rozstanę się z Algierią. Pisuję tego bloga z mniejszymi lub większymi przerwami od 6 lat, myślę że wielu osobom przybliżyłem trochę ten kraj, mam również nadzieję, że niejednemu (niejednej) z Was udało mi się w paru sytuacjach pomóc. W sytuacji jednak, kiedy w Algierii bywam rzadziej niż w Polsce nie ma co dłużej utrzymywać Was w przekonaniu, że trzymam rękę na algierskich sprawach.

Muszę powiedzieć, że Algieria jest dzisiaj zupełnie inaczej postrzegana w Polsce niż jeszcze kilka lat temu. Oczywiście mój blog nie spełnił żadnej wielkiej roli w promocji Algierii, większą rolę miał tutaj Skype czy Facebook, który przyczynił się do intensyfikacji damsko-męskich relacji między naszymi krajami. Dużą rolę odgrywają też polskie firmy, które masowo interesują się rynkiem algierskim i z każdym kolejnym rokiem coraz chętniej wysyłają tutaj swoje towary. Polska w Algierii jest coraz bardziej zauważalna. Nie jesteśmy anonimowym krajem, ba, powiedziałbym nawet, że Algieria jest jednym z nielicznych krajów na świecie, gdzie Polacy cieszą się sporą renomą.

Żal mi trochę rozstawać się ze swoimi zapiskami. Myślę od czasu do czasu, żeby przerobić je na formę książkową i poszukać wydawcy, który byłby gotów wydać taki alternatywny przewodnik po Algierii. Ze względu jednak na permanentny brak czasu i (a może przede wszystkim) brak jakichkolwiek kontaktów w świecie wydawniczym nie skonkretyzowałem dotychczas swoich zamierzeń.

Niniejsza „Instrukcja obsługi” była pisana z niemałym dystansem. Nie jestem muzułmaninem, nie mam też wśród bliskich żadnego Algierczyka. Tymczasem ok. 95% czytelników mojego bloga to kobiety i praktycznie każda z nich albo jest już zamężna z Algierczykiem, albo konkretyzuje właśnie swoją znajomość i ma mnóstwo wątpliwości.

Kończąc przygodę chciałbym powiedzieć szczerze, że skala matrymonialnego zainteresowania Algierią ze strony Polek budzi od lat moje niemałe zdziwienie. Jeszcze większe zdziwienie budzi we mnie fakt fascynacji Islamem i przechodzenia na tę religię. Są to rzeczy, których kompletnie nie rozumiem i w czasie ostatnich kilku lat nawet na krok nie zbliżyłem się do ich zrozumienia. Motywację Algierczyków do poszukiwania miłości w Polsce zrozumieć jest dużo łatwiej. Wystarczy tylko zauważyć, że liczba polsko-algierskich związków matrymonialnych gwałtownie wzrosła po wejściu Polski do UE… Przypadek? Czasami z takich związków rodzi się prawdziwa miłość i znam wiele szczęśliwych par. Znam jednak wiele Polek, dla których kontakty z Algierczykami skończyły się gigantycznym rozczarowaniem.

Mam wrażenie, że Polacy (mężczyźni) są typowymi przedstawicielami Północnej Europy. Zimnymi i nieskorymi do mówienia o uczuciach. Wyobrażam sobie, że kontakt z namiętnymi Południowcami, którzy przy pierwszym kontakcie mówią o dozgonnej miłości musi robić na Polkach piorunujące wrażenie. Nie jestem kobietą i podchodzę do takich spraw w sposób bardziej przyziemny i bardziej pragmatyczny. Gdyby mi ktoś przy pierwszej rozmowie na Skypie wyznał, że jestem miłością jego życia zacząłbym się raczej zastanawiać ilu innym osobom mój rozmówca złożył tego samego dnia podobne wyznanie.

W czasie kilku lat pisania niniejszego bloga dostawałem wielokrotnie maile z pytaniami od czytelniczek. Praktycznie za każdym razem powtarzał się ten sam scenariusz i te same kwestie. Dziewczyna poznała przez Internet Algierczyka, on jej wyznał miłość, a ona chce się upewnić, czy to rzeczywiście jest prawdziwa miłość. Starałem się zawsze być delikatny w swoich odpowiedziach, mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem, chociaż wielokrotnie ręce załamywałem nad ludzką naiwnością. Ale cóż, wychodzę z założenia, że najlepiej uczyć się na własnych błędach. W przypadku, gdy w grę wchodzą uczucia używanie racjonalnych argumentów jest zupełnie bezskuteczne.

W Internecie dominują relacje szczęśliwych konwertytek, które pod niebiosa wychwalają życie w muzułmańskiej rodzinie. Jestem przekonany, że wiele z nich mówi prawdę i jest rzeczywiście zadowolonych ze swego nowego życia. Szczerze, bez cienia złośliwości, życzę im powodzenia. Nawet jeśli śmieszy mnie ich zachowanie i chęć bycia bardziej gorliwą muzułmanką od samego Mahometa. Mało co budzi we mnie tak duże politowanie jak relacje Polek, które zachwalają korzyści z chodzenia w nikabie (zwłaszcza w upale musi być super). Kiedyś wspomniałem, że uważam takie zachowanie za przejaw zaburzeń psychicznych i nadal podtrzymuję to zdanie. Ale jeśli ktoś w tej chorobie jest szczęśliwy, to co mi do tego.

No, ale skoro niniejszy wpis ma charakter podsumowujący, to chcę się jasno i zdecydowanie określić w pewnych kwestiach:

Co sądzę o Algierii? Po kilku latach stwierdzam, że jest to ciężkie miejsce do życia, brak jest tu udogodnień znanych z krajów Europy Zachodniej. Jak ktoś ma dużo pieniędzy, to na pewno w każdej sytuacji sobie poradzi, ale los przeciętnej algierskiej rodziny jest naprawdę nie do pozazdroszczenia. Jednocześnie trudno tej brudnej i zacofanej Algierii nie pokochać. Algierczycy, z wyjątkiem ponurych brodaczy, są ciepli, rodzinni i skorzy do pomocy w każdej sytuacji.

Co sądzę o Islamie? To samo co o każdej innej religii. Jest hamulcem rozwoju i trucicielem umysłów. Jeżeli lekcji religii jest w szkole więcej niż np. fizyki (to akurat przykład Polski) to niestety bardzo źle to świadczy o poziomie edukacji i przyszłości narodu. Cytowałem tu kiedyś przypadki Algierczyków, którzy z dumą się wypowiadają o swoich dzieciach potrafiących wyrecytować z pamięci pół Koranu. A to, że jednocześnie nie znają podstaw tabliczki mnożenia, nie stanowi już dla nich żadnego problemu. Problem większości znanych mi religii polega na tym, że wykonywanie prostych rytuałów jest dla wiernych celem samym w sobie. Co sprawia, że jesteś dobrym człowiekiem? Przestrzeganie postów? Chodzenie do kościoła? Zaliczanie obowiązkowych modlitw? Zasłanianie twarzy przed obcym mężczyzną? Nie zliczę już ilu podłych ludzi spotkałem na swojej drodze, którzy byli przekonani o swojej świętości tylko dlatego, że zaliczyli w swoim życiu parę pustych rytuałów. Podkreślam jednak, że kwestie religijne NIGDY nie stanowiły problemu w moich relacjach z Algierczykami.

Rozpisałem się, ale naprawdę trudno mi postawić tę ostatnią kropkę. Kończę z niniejszym blogiem, ale w dalszym ciągu będę jeszcze dostępny na facebookowym fanepagu. Raz na jakiś czas na pewno się odezwę i wrzucę aktualności wprost z algierskiej ziemi.

PS. Chciałbym przypomnieć, że kiedyś już kiedyś żegnałem się z pisaniem bloga, a ostatecznie jednak do niego wróciłem :)

C jak Charlie Hebdo

Rzadko kiedy odnoszę się do spraw aktualnych, a już tym bardziej tych, które nie dotyczą Algierii, ale skoro cały świat pisze o zabójstwie francuskich dziennikarzy, to i ja pozwolę sobie dorzucić swoje trzy grosze. Cała sprawa odbija się w Algierii bardzo głośnym echem. Dominują głosy współczucia dla ofiar ataku, jednak trudno mi się oprzeć wrażeniu, że pod płaszczykiem poprawności politycznej Algierczycy ukrywają pewnego rodzaju poczucie zrozumienia dla zabójców.

W ogóle ta poprawność polityczna pojawia się również w przekazach wszystkich mediów na świecie. Czy ktoś zauważył, że nikt praktycznie nie akcentuje pochodzenia terrorystów? Określa się ich mianem Francuzów, nie akcentując specjalnie ich maghrebskiego wyglądu czy nazwisk. Szczerze mówiąc trochę mnie to dziwi, ale cóż, widocznie nikomu nie jest na rękę podsycanie konfliktów przeciwko kolejnym grupom społecznym.

Pewnie mało który Algierczyk powie to otwarcie, ale na pewno niejeden z nich pomyśli, że zabici Francuzi sami prosili się o taki los plując otwarcie na religię objawioną przez Mahometa. Niektórzy z nich będą pewnie przekonani, że dziennikarzy Charlie Hebdo spotkała zasłużona kara i pod płaszczykiem współczucia będą zadowoleni, że ktoś jednak wykonał tę czarną robotę. Publikowanie karykatur proroka i szydzenie z religii jest dla Algierczyków czymś zupełnie niepojętym. Nie spotkałem w Algierii nikogo, kto by odważył się na wyśmiewanie Islamu czy jakiejkolwiek innej religii. I nie chodzi tu wcale o lęk przed terrorystami, ile o nabożny lęk przed wszelkimi prawdami objawionymi. Dlatego mimo oficjalnie deklarowanego oburzenia i współczucia dla ofiar, niejeden pewnie się ucieszy, że ktoś pokazał zgniłemu zachodowi, jak należy postępować z obrazoburcami.

Kiedy emocje opadną, Algierczycy będę na pewno w dość uszczypliwy sposób komentować ów „frankocentryzm”, który wszelkie sprawy dotyczące Francji nakazuje postrzegać w kategoriach globalnych. Wszelkie problemy Francji są przecież problemami całego świata, a zabójstwo dziennikarzy jest oczywiście elementem walki o wolność słowa prowadzonej w imieniu całego wolnego świata. Jeśli ktokolwiek ma prawo do podobnych uszczypliwości, to na pewno Algierczycy, którzy przeżyli piekło w latach 90-tych i nikt na świecie nie reagował oświadczeniami w rodzaju „jesuischarlie” („jestemcharlie”) w odpowiedzi na kolejne zabójstwa algierskich dziennikarzy czy artystów. Wtedy zapewne nie był to problem globalny, ale lokalny. Dlatego, chociaż ogromnie współczuję rodzinom ofiar ataku na redakcję Charlie Hebdo, nie mam zamiaru przyłączać się do zmasowanej akcji wyrazów wsparcia dla francuskiego tygodnika. Nie zmienia to oczywiście faktu, że trzymam kciuki za francuskich policjantów licząc, że doprowadzą sprawców tej tchórzliwej i barbarzyńskiej zbrodni pod sąd.

A poniżej odpowiedzi algierskich rysowników z El Watana i Liberté odnoszące się do ataku na dziennikarzy Charlie Hebdo.

lr-24156813-02c12 dessin-une_2599551

 

Z jak zima (4)

Po dłuższym pobycie w Algierii człowiek zaczyna tęsknić za zimą z prawdziwego zdarzenia. Zwłaszcza jeśli mieszka w Algierze, gdzie opady śniegu są zjawiskiem bardzo rzadkim, wywołującym niezwykłe podniecenie wśród wszystkich mieszkańców. Akurat miałem tę niewątpliwą przyjemność (mówię poważnie!) i widziałem na własne oczy śnieg na ulicach algierskiej stolicy – z pewnością będzie to jedno z najsilniejszych wspomnień, jakie zachowam o Algierii. Ta pamiętna zima miała miejsce w 2012 roku i szerzej pisałem już o niej na łamach swojego bloga. Jeszcze za 40 lat Algierczycy będą z wypiekami na twarzy opowiadać o tym swoim wnukom!

Kiedyś pisałem, że jednym z największych moich rozczarowań w Algierii jest… pogoda. Cóż, dziś bym tak nie powiedział, ale co zrobić… Oczekiwałem, że przez cały rok będzie w Algierze świecić słońce, a temperatura nie spadnie poniżej pewnego przyzwoitego poziomu. Tymczasem gwarancję ładnej pogody można tu mieć jedynie przez 3 miesiące w roku – od czerwca do końca sierpnia.  Owszem, i w maju bywa ładnie, we wrześniu też się czasem uda wybrać na plażę, ale pewności mieć już mieć nie można. Jak ktoś jest rozpieszczony, to nie będzie emocjonował się temperaturą poniżej 25 stopni i zachmurzonym niebem. A ja to takich rozpieszczonych osób właśnie się zaliczam.

Od października do kwietnia można się spodziewać silnych (nawet bardzo silnych) wiatrów oraz gwałtownych opadów deszczu. Oczywiście, nie przez cały czas. Ale myślę, że każdy kto dłużej pomieszkał w Algierii, to doświadczył wody wlewającej się przez szczeliny w oknach podczas gwałtownych opadów deszczu (czy ktoś w Algierii ma w ogóle szczelne okna?). Wiatr potrafi być tak silny, że przesuwa ciężkie donice na balkonie. Inna sprawa, że nawet po największej nawałnicy rzadko kiedy widuje się połamane drzewa na ulicach miasta – natura miała czas się dostosować do panującego klimatu…

image

Ale… Pomimo mojego rozczarowania algierską pogodą muszę powiedzieć jedno. Pogoda w ciągu dnia może się radykalnie zmienić. Rano pada rzęsisty deszcz, ale po południu świeci słońce i na jezdni nie widać nawet jednej kałuży. I to właśnie jest najlepsze. W Polsce w czasie zimy długimi tygodniami możesz nie zobaczyć słońca, tymczasem w Algierii rzadko kiedy trafia się kilka pochmurnych dni z rzędu. I chociaż chciałbym mieszkać w kraju, gdzie przez 365 dni w roku jest słonecznie i temperatura nie spada poniżej 25 stopni, to jednak grzechem byłoby narzekanie na tę ilość słońca, z jaką się ma do czynienia w Algierii.

Znam wielu Polaków, którzy przylatywali do Algierii w listopadzie czy grudniu i po wyjściu na lotniskowy parking byli wręcz oślepiani przez tutejsze słońce. Temperatura może nie jest wtedy oszałamiająca (ok. 10-15 stopni), może wieje zbyt silny wiatr, ale to słońce… Niektórzy stają oszołomieni i wystawiają twarz w jego kierunku – ciągle myśląc o tym ponurym, ciemnym niebie, które zostawili w Polsce.

Żyjąc w ciepłym kraju szybko się zapomina o tym, że gdziekolwiek na świecie może być szaro, zimno i  ponuro. Nie zliczę chyba tych wszystkich Algierczyków, którzy jechali w zimie po raz pierwszy do Polski i nie chcieli dać się przekonać do zabrania ciepłych ubrań. Z uśmiechem politowania przyjmowali sugestie dotyczące ciepłego płaszcza, czapki czy rękawiczek. Ileż to razy powtarzał się ten sam scenariusz: Algierczyk wychodzi w samej marynarce przed terminal w Warszawie i czym prędzej zamawia taksówkę do najbliższego centrum handlowego. Także narzekając na załamania pogody w Algierii mało kto pamięta, że gdzieś na północy Europy mieszkańcy nie tylko zmagają się ze znacznie niższymi temperaturami, ale i od dawna nie widzieli słońca.

Algieria ma niewiele atutów, którymi mogłaby zaimponować obcokrajowcom. Niewątpliwie Algierczycy  są dumni ze swoich daktyli (nie mając chyba świadomości, że w wielu krajach arabskich są znacznie lepsze), ale oprócz ropy i gazu, to właśnie słońce uważałbym za największy skarb tego kraju. Z tą różnicą, że słońce nie wyczerpie się tak szybko jak zasoby węglowodorów.
image

PS. A jeśli ktoś jest znudzony czytaniem o algierskim słońcu, to zapraszam do zerknięcia, jak wyglądał w tym roku atak zimy w Setifie (300 km od Algieru):



F jak fast-foody

Dzisiaj parę słów o bardziej przyziemnych kwestiach, mianowicie o jedzeniu. Nie będę jednak się rozpisywał na temat specjalności kuchni algierskiej – tego typu informacje można znaleźć na innych blogach, poza tym nie jestem w kwestiach kulinarnych zbyt kompetentny. Chciałbym raczej opowiedzieć o miejscach, w których można przekąsić coś na szybko w ramach przerwy obiadowej.

Sieciowych fast-foodów w Algierii nie ma, także proszę się nie nastawiać na hamburgery z McDonalda. Były tu kiedyś całkiem sympatyczne restauracje „Quick” (znane choćby z Paryża), ale niestety zwinęły się po cichu w 2011 roku i ślad po nich zaginął. A szkoda, bo było w nich czysto i „po europejsku” (nawet klientela nie mówiła w środku po arabsku, tylko po francusku). Jedyną znaną mi międzynarodową sieciówką jest Hippopotamus, ale zdecydowanie odradzam tę restaurację ze względu na skandaliczną powolność obsługi (spędza się tu minimum 2 godziny – nawet jak nie ma wielu gości). Ceny za to potrafią przyprawić o zawrót głowy – a przecież, na litość boską, mówimy o zwykłej sieciówce serwującej hamburgery, a nie jakiejś wykwintnej restauracji!

Hippo

Na ulicach Algieru pełno jest barów i małych restauracji serwujących szybkie potrawy. Algierczycy lubią sobie zrobić przerwę w pracy i wyskoczyć w godzinach popołudniowych na małe co nieco. Co można kupić? Poniżej parę słów o każdej z ulicznych specjalności:

- Pizza – choć nie ma zbyt wiele wspólnego z włoskimi odpowiednikiem, to jej atutem jest na pewno szybkość przyrządzania. Kucharz ma gotowe półprodukty – rozgniata ciasto, dorzuca składniki, wrzuca całość na pieca i po trzech minutach możemy się cieszyć gotowym daniem. Uliczna pizza nie jest rewelacyjna, ale nie jest też droga – za pudełko płaci się od 250 do 400 DA.

- W pizzeriach często serwuje się hamburgery – ale nie jestem ich miłośnikiem. Podobnie jak towarzyszących im frytek. Jakość mielonego mięsa oraz towarzyszących im dodatków jest zazwyczaj bardzo niskiej jakości. Osobiście unikam.

- Hitem są na pewno sandwicze. Jada się tutaj pannini lub bagietki wypchane różnego rodzaju smakołykami, takimi jak: przesiąknięte olejem, przesolone frytki, mergezy (grillowane kiełbaski), kawałki mięsa (w rodzaju znanego nam kebaba czy mięsa mielonego). Do sandwicza obowiązkowo trzeba dorzucić trochę warzyw, a jak ktoś lubi to znajdzie i jajko sadzone. Ceny nie są wygórowane, a taką bombą kaloryczną można się nasycić do wieczora.

42380340

- Moim faworytem pozostają niezmiennie mhadżiby (m’hajeb) – naleśniki nadziewane mieszanką smażonej cebuli, pomidorów i harissy. Mniam, mniam! Często w punktach z mhadżibami serwuje się również pizzę na kawałki i tzw. suflety – czyli ciasto od pizzy, w którym w którym zamyka się np. kawałki mięsa – również gorąco polecam!

mhadżib

- Naleśniki – na ulicach Algieru często można spotkać charakterystyczne kantorki, w których młodzi sprzedawcy oferują typowe francuskie naleśniki ze słodkimi dodatkami w rodzaju nutelli, konfitur czy świeżych owoców. Ale nie jest to typowy lunchowy posiłek dla wygłodniałych urzędników.

naleśnikarnia

Trzeba oczywiście pamiętać, że wygląd algierskich fast-foodów może przyprawić o zawał serca miłośników porządku i higieny. Wewnątrz baru czy typowej małej restauracji typu bistro wszystko się klei – zarówno od tłuszczu jak i brudu. Algierczycy nie zwracają na to uwagi – ja po dłuższym pobycie też się z tym widokiem oswoiłem. Ale rozumiem, że osoby bardziej wrażliwe wolą jeść w domu.

Są tu oczywiście restauracje bardziej eleganckie i na poziomie i jeśli ktoś wyrazi zainteresowanie mogę im w przyszłości poświęcić kilka oddzielnych słów – nie podpadają one oczywiście pod kategorię fast-foodów.

PS. Na koniec może jeszcze informacja dla zmotoryzowanych. Na autostradzie Wschód-Zachód zainstalowano kilka stacji benzynowych połączonych z barami szybkiej obsługi, ale nie miałem przyjemności (?) w nich jeść. Są to typowe algierskie masowe restauracje, do których odnoszą się moje wszystkie powyższe uwagi (niska jakość jedzenia i wszechobecny brud). W czasie podróży wolę nie narażać się na niespodzianki. Natomiast – i tu uwaga – pod Algierem otwarto jakiś czas temu pierwszą restaurację dla zmotoryzowanych, którzy pragną się posilić nie wysiadając z samochodu. Jest to bar typu „drive” w okolicach miejscowości Cheraga, nazywa się Ben Burger, ale przyznaję, że nie miałem okazji jeszcze nawiedzić tego miejsca. Zdjęcia są dość zachęcające, ale opinie internautów nie są jednoznaczne (czyli do McDonalda daleko).

benburger

Smacznego!

R jak rodzina

Powiedzieć, że rodzina jest ważna dla każdego Algierczyka to tak jakby nic nie powiedzieć. Rodzina tutaj jest bowiem czymś świętym – relacje z bliższymi i dalszymi kuzynami stanowią dla każdego Algierczyka ważny punkt odniesienia praktycznie w każdej sferze życia. 
Jedną z rzeczy, które mnie denerwują w podejściu do pracy większości Algierczyków jest ich niepunktualność i niesłowność. Ilekroć jednak zwracam komuś uwagę, że się spóźnił 2 godziny na spotkanie albo zgoła, że w ogóle nie przyszedł, słyszę w odpowiedzi: „byłem na pogrzebie brata”, „odwiedzałem siostrę w szpitalu”, „byłem na weselu kuzynki”, „musiałem zawieźć matkę na badania” i tak dalej, i tak dalej… Dla Europejczyków podobne argumenty nie mają większej mocy (zwłaszcza jeśli się je słyszy kilka razy w tygodniu), niemniej powołanie się na rodzinę jest w oczach każdego Algierczyka najlepszym i najskuteczniejszym usprawiedliwieniem każdego uchybienia.
image
Rodzinna sieć w Algierii jest bardzo rozbudowana. Kiedyś się oburzałem, że Algierczycy wymyślają sobie te ciągłe pogrzeby, żeby się tylko wyłgać od ważnych obowiązków. Dzisiaj sobie jednak myślę, że przy tak dużej liczbie osób, które określa się tutaj mianem rodziny, różnego rodzaju wypadki stają się bardziej prawdopodobne. A że nieobecność podczas rodzinnych uroczystości żałobnych na pewno zostanie skrzętnie odnotowana (choćby uczestniczyło w niej tysiąc osób) lepiej zawalić sprawy zawodowe niż podpaść jakiejś ciotce czy wujowi i narazić się na ostracyzm, który obejmie swoim zasięgiem przyszłe pokolenia.
Pisząc ostatnio o służbie zdrowia pominąłem jeden zasadniczy aspekt stanowiący integralną część szpitalnego krajobrazu, tzn. rodzinne wizyty… Nie mam algierskiej rodziny i nigdy na szczęście nie leżałem w algierskim szpitalu, ale szlag by mnie chyba trafił, gdyby podczas rekonwalescencji do szpitala zwaliła mi się cała armia kuzynów i pociotek. Tymczasem w Algierii jak dostaniesz sygnał, że ktoś z rodziny znalazł się w szpitalu, rzucasz wszystko i godzinami koczujesz w jego pokoju albo na szpitalnym korytarzu.
image
Będąc w Algierii można odnieść czasem wrażenie, jakby każdy był tu spokrewniony z każdym. Nie zliczę nawet, ileż więzów rodzinnych udało się odtworzyć w mojej obecności… Proszę sobie wyobrazić taką oto sytuację: spotyka się u mnie dwóch Algierczyków, którzy nigdy wcześniej o sobie nie słyszeli. I nagle zaczynają szczegółowo się wypytywać:
- A ty skąd jesteś?
- Moja rodzina pochodzi z Batny.
- A gdzie mieszkaliście?
- Tu i tu.
- A znaliście rodzinę taką i taką?
- Oczywiście, to rodzina mojej prababci ze strony ojca!
- Ale to właśnie ja pochodzę z tej rodziny!
Podobne rozmowy naprawdę nie należą do rzadkości. Takie rodzinne znajomości są bezcenne w codziennym życiu: pomagają załatwić pracę, uniknąć mandatu, zawrzeć małżeństwo albo przeprowadzić transakcję handlową…
image
Znam wielu Algierczyków i nigdy nie słyszałem o tym, żeby którykolwiek z nich zdecydował się wystąpić przeciwko swojej rodzinie. Dotyczy to na przykład kwestii małżeństw – jeśli twoja rodzina nie zaakceptuje potencjalnego współmałżonka, to choćbyś był zakochany po same uszy, to prędzej zrezygnujesz z wielkiej miłości niż popełnisz mezalians. Polki, które wychodzą za mąż za Algierczyków i przeprowadzają się do jego domu nie mają zazwyczaj świadomości, jak wielki wpływ na codzienne życie ma rodzina małżonka… Sam słyszałem o Polce, która w pół roku po ślubie spakowała się i wróciła do Polski. I nie dlatego, że mąż okazał się tyranem – nie mogła po prostu znieść poczucia osaczenia ze strony rodziny swojego męża.
Bo choć rodzina w Algierii jest święta, to nie znaczy, że zawsze wszystko jest idealnie. Przez wiele lat tematem tabu była na przykład przemoc w rodzinie. Dopiero od niedawna prasa poświęca tej kwestii wiele uwagi, podkreślając w jak trudnym położeniu znajdują się kobiety. Prawda jest taka, że wiele kobiet znosi przez lata upokorzenia, bo nie ma dokąd uciec. Do rodziców nie wróci ze względów ambicjonalnych, zresztą rozwód jest traktowany przez rodzinę jako życiowa porażka i takiej rozwódki chętnie pod dach się nie przyjmuje. A wynajęcie mieszkania do najłatwiejszej sprawy rzecz jasna nie należy.
Na koniec jedna uwaga: to, że jesteś żoną Algierczyka nie oznacza, że z automatu stajesz się częścią nowej rodziny. Owszem, rodzice męża mogą być dla ciebie mili i uprzejmi, ale żeby zaczęli cię postrzegać jako stuprocentowego członka rodziny musi upłynąć czasem wiele lat. Czasami nawet dwadzieścia albo trzydzieści – i to wcale nie jest żart!

S jak służba zdrowia

Osoby zainteresowane wyjazdem do Algierii pytają mnie często o poziom opieki medycznej w Algierii. Wychodząc naprzeciw tym oczekiwaniom dziś parę słów o algierskiej służbie zdrowia.

I bez ogródek od razu mówię: rewelacyjnie nie jest. Owszem, poziom prywatnych klinik nie odbiega znacząco od poziomu prywatnych klinik w Polsce i dużo łatwiej jest tutaj o fachowego lekarza czy też o nowy sprzęt, niemniej zakres ich działania jest mocno ograniczony. No i poza tym wiadomo: trzeba słono płacić. W prywatnych klinikach pracuje w ogromnej większości personel, który się szkolił we Francji i działa w stylu mniej lub bardziej europejskim. Trzeba jednak pamiętać, że te prywatne kliniki działają tylko w największych miastach – na prowincji opieka medyczna wygląda naprawdę słabo.

Bo jeśli chodzi o państwową służbę zdrowia, to… Wzdycham ciężko i zawieszam na chwilę głos. Owszem, znajdą się w Algierze szpitale, do których można mieć zaufanie, niemniej nawet ich standard odbiega znacząco od poziomu, do którego jesteśmy przyzwyczajeni w Europie. Na podstawie moich doświadczeń z państwową służbą zdrowia mogę stwierdzić jedno: lekarze dobrze radzą sobie z prostymi przypadkami, natomiast brak im wiedzy w kwestiach bardziej skomplikowanych. Nie można im jednak odmówić, że wykazują się dużo większą dozą empatii od swoich kolegów z Europy Zachodniej. Bycie lekarzem nadal jest tutaj powołaniem, a nie formą dorabiania się majątku. Może lekarzom brak jest kompetencji, ale na pewno nie zainteresowania losem pacjenta. Choć może warto zaznaczyć, że wypowiadam się z punktu widzenia obcokrajowca – nie wiem, czy zwykły Algierczyk cieszy się równie dużymi względami.

Poziom służby zdrowia jest niski, ale nie dramatyczny. Warto zwrócić uwagę, że wielu Algierczyków w przypadku poważnych schorzeń jedzie się leczyć do Francji. Algierskie władze są świadome swojej niemocy i finansują swoim obywatelom niektóre zabiegi dokonywane za granicą. Szpitale w Algierii są generalnie słabo wyposażone a lekarze nie dorównują kompetencjami kolegom z Zachodu. Oczywiście to uogólnienie jest krzywdzące dla niejednego algierskiego lekarza, ale każdego kto chciałby dyskutować z powyższą tezą zapraszam na objazd po algierskich przychodniach i szpitalach. Znaczące jest, że nawet prezydent Buteflika jeździ się leczyć do Francji nie ufając miejscowej służbie zdrowia. Choć kwestię zaufania należy tutaj rozumieć na kilku płaszczyznach. Nie tyle bowiem chodzi o kompetencje i sprzęt, co raczej o lęk przed spiskiem mającym na celu uśmiercenie prezydenta przez wrogów politycznych.

Oprócz niskich kompetencji problemem jest niestety niechlujstwo. Każdy kto był w algierskim szpitalu na pewno to potwierdzi. Byłem dwa razy za potrzebą w szpitalnych toaletach i… niestety za żadnym razem nie skorzystałem. W jednej poraził mnie stan sanitariatów i zniszczone, obskurne, tekturowe ścianki między kabinami. Z drugiej toalety natomiast przegnały mnie… robaki. Tak, tak, toaleta była wykorzystywana jako składowisko odpadów medycznych i niestety po zapaleniu światła dziesiątki różnego rodzaju robaków rozbiegały się po ścianach. A zaznaczam, że było to w jednym z najlepszych szpitali w Algierii! Prasa informuje, że w innych szpitalach sytuacja jest bardzo podobna…

Wielu algierskich lekarzy z dużym dystansem podchodzi do spraw higienicznych. Osobiście zdarzyło mi się zostać obsługiwanym przez lekarza (pielęgniarza?), który wykonywał mi zastrzyk nie umywszy uprzednio rąk i bez założonych rękawiczek. Trzeba mu jednak honor, bo przed wbiciem igły powierzył mój los samemu Allahowi wypowiadając sakramentalne „bismillah!”. Zresztą może i lepiej jak lekarz nie zakłada rękawiczek, bo nawet te jednorazowe potrafią być wykorzystywane po wielokroć. Pamiętam też, jak kiedyś na ostrym dyżurze widziałem bezdomnego kota spacerującego po izbie przyjęć. Nie muszę chyba dodawać, że nikt nawet nie zwracał na niego uwagi.

Nie chciałbym nikogo straszyć algierskimi szpitalami, bo jednak pomimo katastrofalnych niekiedy warunków nie słychać, żeby ludzie jakoś masowo w tych szpitalach umierali. Zanim jednak traficie do algierskiej placówki zdrowotnej weźcie lepiej poprawkę, że nie jesteście w Europie.

Poniżej parę obrazków – tak np. wygląda wizyta w szpitalnej toalecie w miejscowości Saïda:

Tutaj obrazki ze szpitala w M’sila:

hopital-mssilaI żeby nie było, że Algieria to kompletny trzeci świat poniżej fotka z bardziej cywilizowanego miejsca (fotka z jednej z klinik prywatnej):

clinique2

G jak gotówka (2)

G jak gotówka. Dziś parę uwag praktycznych. Osoby ze świata zachodniego często przyjeżdżają do Algierii z bagażem pewnych przyzwyczajeń i oczekiwań. Ot, prosta rzecz: jesteśmy na tyle przyzwyczajeni do płatności bezgotówkowych, że oczekujemy podobnych udogodnień na całym świecie. Tymczasem w Algierii rządzi gotówka – jeśli Algierczyk nie musi dokonywać płatności kanałami bankowymi (a czasami trzeba) to zawsze będzie wolał przytargać np. siatkę banknotów. Dokonywanie przelewów ma ten minus, że jest w jakiś tam sposób rejestrowane i kiedyś urząd skarbowy może się jakąś transakcję niepotrzebnie zainteresować. Płatność kartą jest możliwa wyłącznie w dużych hotelach oraz kilku hipermarketach, ale szczerze odradzam ten sposób płatności.dinars

Dobrze poinformowani obcokrajowcy przybywają do Algierii z walutą obcą w gotówce. Wspominałem już na łamach mojego bloga (również we wpisie sprzed 5 lat), że tutejsze władze chronią swoje zapasy dewizowe i nie dopuszczają do obrotu walutowego na wolnym rynku. Nie zmienia to jednak faktu, że handel walutą kwitnie, tyle że ma on miejsce na czarnym rynku. Brzmi to groźnie, tymczasem ten czarny rynek przybiera zazwyczaj formę sklepu z ubraniami, warzywniaka czy agencji nieruchomości. Przebicie na czarnym rynku jest na tyle duże, że obcokrajowcom opłaca się przyjeżdżać z dewizami i wymieniać je na mieście. Płacąc kartą lub wypłacając pieniądze z bankomatu rozliczamy się po kursie oficjalnym, wynoszącym ok. 1 EUR = 100 DA, podczas gdy w warzywniaku za to samo 1 euro dostaniemy ponad 150 dinarów. Oczywiście trzeba mieć świadomość, że tego typu transakcje nie do końca są legalne i władze lubią czasem zrobić popisowe naloty (ale głównie na punkty, które nie płacą haraczu wysoko postawionym generałom).

A propos nalotów muszę przytoczyć pewną anegdotę. Otóż do jednego z zaprzyjaźnionych sklepów wkroczyła kiedyś policja i aresztowała właścicieli za handel gotówką. Ponieważ był to mój ulubiony punkt wymiany i nie chciałem chodzić w inne miejsca, pojawiłem się tam po kilku dniach i szeptem zapytałem zaufanego sprzedawcę czy po tych akcjach z policją można jeszcze u nich wymieniać gotówkę. Sprzedawca odpowiedział zdziwiony „oczywiście!”, a potem wykrzyknął głośno do kolegi stojącego dokładnie w drugim końcu sklepu: „Mourad, chodź tutaj, pan przyszedł wymienić euro!”. Także ryzyko na pewno jest, ale mało kto się nim w Algierii przejmuje.

No, ale odbiegłem od tematu, a chciałbym jeszcze powiedzieć o dwóch rzeczach: po pierwsze, wymienianie gotówki na mieście zwiększa ryzyka natrafienia na fałszywki. Banknoty (zwłaszcza te starsze) są dość słabo zabezpieczone, co regularnie wykorzystują oszuści. I co robić, kiedy podczas zakupów sprzedawca zakwestionuje jeden z twoich wymienionych banknotów? Nic, po prostu należy grzecznie go zabrać i pójść wydać w innym miejscu.

Po drugie, ciekawostką jest na pewno stan banknotów. Większość banknotów krążących po mieście jest poobklejana taśmą samoprzylepną albo trzyma się na słowo honoru. Nikogo tu to nie dziwi, więc jeśli wejdziesz w posiadanie porwanych banknotów nie musisz się obawiać, że w innym miejscu ktoś potem ich od ciebie nie przyjmie. Moimi faworytami są zdecydowanie „dwusetki” – polecam zabrać sobie taką na pamiątkę.200 dinars

PS. Osoby, które chciałyby się zapoznać z wyglądem wszystkich banknotów i monet krążących po Algierii zachęcam do odwiedzenia Wikipedii

 

T jak trzęsienie ziemi

Trzęsienie ziemi… Cóż to zdarzenie znaczy dla przeciętnego Polaka? Tyle co nic, kojarzy się może z jakimiś migawkami z wiadomości telewizyjnych, ale w zalewie innych dramatycznych informacji nie budzi raczej szybszego bicia serca. Tymczasem ten sam temat budzi żywe skojarzenia u każdego Algierczyka, a nierzadko również wiąże się z traumatycznymi wspomnieniami.

algiera_epicentrum

Nie jestem specjalistą od trzęsień ziemi, więc proszę o wybaczenie, ale nie przedstawię schematu płyt tektonicznych ścierających się w okolicach Algierii, niemniej jest faktem, że Algieria jest zagrożona trzęsieniami ziemi i co kilka, kilkanaście miesięcy słychać doniesienia z różnych zakątków kraju dotyczących nowych ruchów sejsmicznych. Przebywając w Algierii przeżyłem oczywiście kilka trzęsień ziemi, na szczęście żadne z nich nie było tragiczne w skutkach. Co więcej, zdarzało mi się kilka razy, że Algierczycy wypytywali mnie rano o moje wrażenia po nocnym trzęsieniu ziemi i nie mogli uwierzyć, że nic nie poczułem. A kiedy raz jeden poczułem, to… wydało mi się to całkiem przyjemne (ilekroć się do tego przyznaję, narażam się niemal na lincz). Było to takie lekkie bujanie, jakbym znajdował gdzieś na wesołym miasteczku. Zjawisko zupełnie surrealistyczne.

Dla Algierczyków nic zabawnego w trzęsieniu ziemi nie ma. Wielu z nich pamięta tragiczne wydarzenia w Boumerdès sprzed 11 lat, kiedy pod wpływem ruchów sejsmicznych o sile 6,8 w skali Richtera zginęło blisko 3 tysięcy osób, a wielu innych straciło dach nad głową. Strach przed trzęsieniem ziemi jest na tyle duży, że kiedy ziemia zatrzęsła się w sierpniu tego roku w Algierze, to ludzie ze strachu skakali z okien, a inni tracili życie na skutek zawału serca. Innych ofiar właściwie nie było – strach spowodował więcej szkód, niż samo trzęsienie ziemi.

220px-Seisme_de_Boumerdes_2003

Naukowcy nie są w stanie przewidzieć trzęsień ziemi, dlatego Algierczycy żyją trochę jak na beczce prochu i wypatrują wszelkich znaków na niebie i ziemi zapowiadających przyszłe nieszczęścia w rodzaju jakiegoś azjatyckiego tsunami. Któregoś razu Algierka pokazując mi nienaturalnie duże skupisko ptaków sunące po niebie obwieściła ponurym głosem: „Wkrótce będzie trzęsienie ziemi. W 2003 roku też tak ptaki latały”. Każde, nawet najlżejsze poruszenie ziemi, jest głównym tematem rozmów na algierskich ulicach.

Co do rad praktycznych, to… nie mam właściwie nic do powiedzenia. Szczerze powiem, że sam nie wiem, jakbym się zachował w przypadku trzęsienia ziemi o dużym nasileniu. Algierczycy radzą, żeby broń boże nie wybiegać z budynku, tylko stanąć we framudze drzwi (podobne najbezpieczniejsze miejsce) i czekać aż skończy się bujanie. Z tego, co wiem, to po trzęsieniu ziemi o dużej sile mieszkańcy domów muszą opuścić swoje miejsca zamieszkania i pozostać na zewnątrz aż odpowiednie służby nie potwierdzą, że konstrukcja domu jest nienaruszona. Ja na szczęście nigdy czegoś podobnego nie przeżyłem i mam nadzieję, że tak już pozostanie.

Na koniec jedna ciekawostka, pozornie tylko niezwiązana z tematem mojego wpisu. Otóż tegoroczne wakacje upłynęły w Algierii pod znakiem nawoływań muzułmańskich duchownych walczących z kusymi strojami w jakich algierskie dziewczęta paradują niby po nadmorskich plażach (choć nigdy nie widziałem tu nikogo ani w stringach czy topless). W każdym razie, tuż po trzęsieniu ziemi jakie nawiedziło Algier w sierpniu tego roku, środowiska muzułmańskie z trudem tylko ukrywały satysfakcję. W arabskojęzycznych mediach pełno było zjadliwych komentarzy wskazujących bezpośrednią zależność między bikini noszonym przez Algierki a nieszczęściami nawiedzającymi cały kraj. „Patrzcie do czego doprowadza wasza rozpusta!” – Grzmieli muzułmańscy duchowni, a wiele osób ze zrozumieniem kiwało głową, bojąc się gniewu Allaha złorzeczącego na rozpustne zachowanie kobiet. Także, drogie czytelniczki, zanim następnym razem wybierzecie się opalać, pomyślcie o konsekwencjach jakie to może wywołać…

PS. Wszystkich zainteresowanych obserwowaniem zjawisk meteorologicznych oraz ruchów sejsmicznych w Algierii zapraszam do odwiedzenia strony: www.craag.dz

PS. A tak wyglądało sierpniowe trzęsienie ziemi na żywo:



P jak podróżowanie

Algieria jest największym terytorialnie krajem na całym kontynencie afrykańskim, osiem razy większym od Polski, także zamiast siedzieć w jednym miejscu, warto się ruszyć i trochę pozwiedzać. Nie chcę się jednak w tym miejscu rozpisywać na temat algierskich atrakcji turystycznych i zamiast mówić o tym co zwiedzać powiem raczej o tym jak to robić.

Przemieszczać się w Algierii można na różne sposoby: samolotem, pociągiem, samochodem lub taksówką. Poniżej parę słów o każdym z powyższych środków transportu.

Ci, którzy od dawna śledzą mojego bloga, wiedzą, że szczerą nienawiścią darzę algierskie linie lotnicze Air Algérie. Jest to chyba jedyna linia lotnicza na świecie, która ma ponad 80% opóźnionych lotów rocznie. Co więcej, będąc na lotnisku nie uzyskasz żadnych informacji na temat przyczyn opóźnienia ani prawdziwych danych na temat rzeczywistej godziny odlotu (obsługa albo kłamie, albo sama nie wie i mówi „za godzinę”). Loty Air Algérie są może dobre dla buddyjskich mnichów o anielskiej cierpliwości, ja jednak do tej kategorii się absolutnie nie zaliczam. W Algierii funkcjonuje jeszcze linia Tassili Airlines, która zapewnia wiele krajowych połączeń, ale jestem tak zniechęcony do latania, że nie miałem okazji jej wypróbować – podobno lata punktualnie. air_algerie

W podróżach między miastami położonymi w nadmorskim pasie Algierii zdecydowanie polecam podróż samochodem. Od granicy wschodniej z Tunezją aż po zachodnią granicę z Marokiem przebiega 1200 km wygodnej autostrady. Pewnym problemem mogą być rzadko położone stacje benzynowe, ale w kontekście kilkugodzinnych opóźnień samolotów Air Algérie tak naprawdę nie jest to żadna niedogodność. Dla przykładu: podróż samochodem z Algieru do Oranu (400 km) zajmuje niecałe 4 godziny. Samolot teoretycznie leci godzinę, ale: na lotnisko najpierw trzeba dojechać. I to przynajmniej godzinę przed odlotem. Dorzucamy minimum półtorej godziny spóźnienia. Czas na odebranie bagaży po wylądowaniu i przejazd z lotniska do miejsca docelowego w Oranie… W efekcie otrzymamy ten sam czas. A jadąc samochodem mamy większą kontrolę nad wydarzeniami. Pomijam też fakt, że Air Algérie nie ma w tym roku najlepszej passy (katastrofa samolotu lecącego z Burkina Faso czy różnego rodzaju problemy z samolotami). Jeśli zamierzacie udać się z Algieru do takich miejsc jak Oran, Tlemcen, Setif czy Konstantyna nie radzę w ogóle rozważać podróży samolotem.

autostrada

Jest jeszcze opcja podróży pociągiem. Tutejsze władze sporo zainwestowały w rozwój kolei i stan algierskich pociągów jest chyba lepszy niż w Polsce. Zaskoczeni? A jednak to prawda – nowe składy są klimatyzowane, czyste, no i toalety przypominają sterylnością szpitalne sale operacyjne. Lokomotywy są w większości spalinowe, ale za kilka lat mają zostać oddane nowe linie, całkowicie zelektryfikowane. Podróż do Oranu zajmuje bodaj 4,5 i godziny i jest to dobra alternatywa dla jazdy samochodem. Ciekawostką jest fakt, że pociągi są w miarę punktualne – wyjeżdżają zawsze o czasie, chociaż zdarza się, że nie zawsze docierają na czas.

sntf

Na koniec zostawiam najlepsze. Otóż między dużymi miastami w Algierii kursują tzw. taksówki kolektywne. Są to pomalowane na żółto samochody, które przemierzają setki kilometrów obładowane po brzegi ludźmi i ich bagażami. Jest to zdecydowanie najtańsza opcja podróżowania po Algierii, ale cóż… Niezbyt komfortowa. Z tego co wiem, taką taksówką można się np. wybrać ze stolicy np. aż do dalekiej Ghardai.

taksówki_kolektywne

Nie wspomniałem o autostopie, ale szczerze powiem, że nigdy nie słyszałem, aby ktokolwiek praktykował tę formę podróżowania.

P jak Polki

Obserwując komentarze publikowane na moim blogu oraz na fejsbukowym fanpagu łatwo zaobserwować, że ogromną większość moich czytelników stanowią kobiety. W dzisiejszym wpisie postaram się udzielić zwięzłej odpowiedzi na pytanie czemu to akurat płeć piękna interesuje się życiem codziennym i zwyczajami Algierczyków.

Pisząc od kilku lat niniejszego bloga, często czuję się jakbym prowadził serwis randkowy albo biuro matrymonialne. Raz na jakiś czas dostaję zapytania od młodych Polek, które odnalazły miłość swojego życia w Algierii i proszą mnie o praktyczne porady. Muszę się przyznać do jednej rzeczy: jestem już chyba starym dziadem, bo sceptycznie podchodzę do związków nawiązywanych za pośrednictwem Skype’a czy Facebooka. Zwłaszcza jeśli jedna ze stron zakochuje się na zabój w kimś, kogo nigdy wcześniej na oczy nie widziała.

pl-algAnalizując korespondencję, jaką prowadziłem na przestrzeni kilku lat z czytelniczkami mojego bloga odkrywam, że Algierczycy mają bardzo duży dar rozkochiwania w sobie Polek, a i same Polki są bardzo skore do poszukiwania egzotycznych historii miłosnych. Nie jestem kobietą i trudno mi w tym temacie dywagować, ale podejrzewam, że fascynacja Algierczykami ma pewnie dwa powody: egzotyczna, śródziemnomorska uroda tutejszych mężczyzn i swoboda w mówieniu o uczuciach. Algierczycy już podczas pierwszego kontaktu przez Internet potrafią zadeklarować swoją dozgonną miłość i zasypywać rozmówczynię poetyckimi wyznaniami. Wiele kobiet ulega temu urokowi i tak zaczynają się mniej lub bardziej udane relacje miłosne.

Skąd takie zainteresowanie Algierczyków nie-Algierkami? Powodów jest kilka: Algierki jawią się tutejszym mężczyznom jako wyniosłe i bardzo wymagające. Zawierając z nimi ślub, trzeba spełnić szereg wymogów, na które zwykłego Algierczyka po prostu nie stać. Chodzi tu m.in. o zorganizowanie wystawnego wesela oraz zapewnienie małżonce warunków nie gorszych niż te, które miała w rodzinnym domu. Co więcej, w sprawach matrymonialnych wiele do powiedzenia ma rodzina. I, paradoksalnie, w przypadku kandydatki spoza Algierii, rodzina rzadko kiedy zgłasza zastrzeżenia.

Ponieważ jestem starym, sceptycznym, dziadem, pozwolę sobie na kilka przyziemnych uwag. Dziwnym trafem Algierczycy polują na kobiety tylko z tych krajów, które znajdują się w strefie Schengen. Czy jest przypadkiem, że po przystąpieniu Polski do UE liczba polsko-algierskich miłości gwałtownie wzrosła? Nie sugeruję, że wszyscy Algierczycy to łowcy wiz, ale warto się nad tym zastanowić, kiedy podczas pierwszego kontaktu na fejsie Algierczyk zacznie się oświadczać i będzie nalegał na jak najszybsze spotkanie w Polsce.

Sprawa polsko-algierskich kontaktów miłosnych napotyka bardzo często na nieczułość aparatu biurokratycznego. Nie zliczę chyba mejli, które otrzymałem od rozczarowanych Polek, które wysłały swojemu ukochanemu Algierczykowi zaproszenie wizowe, a ten otrzymał odmowę w polskim konsulacie. Uczucia często zaciemniają obraz sytuacji i Polka nie ma np. świadomości, że ów Algierczyk dostał już wcześniej kilka odmów w konsulatach innych państw. Oczywiście, takim sytuacjom też można zaradzić i jeśli Algierczyk ma trochę pieniędzy w kieszeni, to zaaranżuje spotkanie podczas wakacji w Tunezji czy Maroku.

Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na dość delikatną kwestię. Mężczyźni muzułmańscy są bardzo wyczuleni na punkcie czystości przedmałżeńskiej kobiet. Są oczywiście w tej kwestii wyjątki, ale jeśli Algierczyk zbyt łatwo wskoczy do łóżka ledwo zapoznanej kobiety, to nigdy później nie będzie jej szanował. I nawet jeśli dojdzie do ślubu, to takie małżeństwa dosyć szybko okazują się porażką.

Sprawy miłosne to bardzo delikatna kwestia i nie chciałbym nikogo pozbawiać złudzeń, ale niestety słyszę o wiele przypadkach internetowych miłości, które nie kończą się happy-endem. Problem nie leży po stronie Algierczyków, ile po prostu o samo zaślepienie uczuciem. Co innego pisywać do siebie na skypie czy spędzić dwa tygodnie w roku na plaży w Tunezji, a czym innym jest codzienne życie z przedstawicielem obcej kultury. Moje uwagi mają oczywiście charakter banalny i można je odnieść do kontaktów z przedstawicielami jakiejkolwiek innej nacji. Po prostu zamiast sprzedawać całe mienie i przeprowadzać się do Algierii w kilka tygodni po nawiązaniu internetowej znajomości zalecałbym po prostu trochę ochłonąć i przed wyjazdem lepiej poznać swojego ukochanego. I żeby nie było, że jestem zupełnym zgredem: tak, znam również kilka udanych polsko-algierskich małżeństw.

PS. Jest jeszcze jedna grupa Polek interesujących się Algierią – są to konwertytki, które odkrywszy zalety Islamu stają się bardziej religijne od rodowitych Algierczyków. Z nimi wielkiego kontaktu nie mam – unikają one raczej znajomości z mężczyznami spoza swojej nowej rodziny, także trudno mi na ich temat się wypowiadać. Zresztą one same chyba już mało czują się Polkami, bo nie utrzymają praktycznie żadnego kontaktu ze swoimi rodaczkami.